Historia - jak odkrywano
niepełnosprawność
Elżbieta Zakrzewska-Manterys
Pojęcia, których używamy na co dzień nigdy nie są
"niewinne“. Oznacza to, że nie tylko opisują one świat, ale pełnią również
wiele innych funkcji, jak na przykład funkcja ocenna,
perswazyjna czy ideologiczna. Każde pojęcie, którego używamy nie jest
zrozumiałe "samo przez się“, lecz dopiero na tle ogólnego kontekstu
milcząco przyjmowanych założeń na temat tego jaki jest
świat i co my w nim robimy.
Czy faraon egipski mógł umrzeć na gruźlicę? Nie, nie mógł. Prątki gruźlicy zostały bowiem odkryte przez Roberta Kocha w roku 1882.
Faraon mógł umrzeć na krwotok, na suchy kaszel lub na uporczywą gorączkę. Gdyby
mógł umrzeć na gruźlicę, to należałoby Kochowi odebrać nagrodę Nobla.
Czy w XVIII wieku kobieta mogła umrzeć na torbiel jajnika? Nie, nie mogła. Gdyż
aż do pierwszych dziesięcioleci XIX wieku sądzono, że "otwarcie otrzewnej
i zetknięcie się ludzkich wnętrzności z zimnym powietrzem natychmiast wywołuje
zapalenie i kończy się śmiertelnie“[1]. Nie dokonywano więc
operacji brzusznych, a rzeczona kobieta mogła umrzeć na "wzdęcie brzucha“.
Czy w XIX wieku mogło komuś urodzić się niepełnosprawne dziecko? Nie. Ponieważ
niepełnosprawność jest "wynalazkiem“ drugiej połowy XX stulecia. Angielskie
słowo "disability“ i jego polski odpowiednik
"niepełnosprawność“ mogły pojawić się w powszechnym użyciu dopiero wtedy,
gdy dostrzeżono, że istotne różnice między ludźmi zależą od tego, czy ktoś
może, czy też nie może wypełniać bez przeszkód wszystkie role narzucone mu
przez społeczeństwo. Musiało wydarzyć się coś istotnego, co sprawiło, że to
kryterium różnicowania ludzi, bez którego społeczeństwa obywały się przez
długie stulecia, nagle okazało się potrzebne.
Spróbujmy się więc zastanowić co oznacza słowo
"niepełnosprawność“. Jakie założenia musimy przyjąć, aby słowo to było
zrozumiałe? Jakie osoby i z jakich powodów bywają tym słowem określane? Co
słowo to mówi o osobach, które go używają? I wreszcie, co mówi ono o naszej
epoce, o czasach, w których niepełnosprawność - będąca w latach
siedemdziesiątych XX wieku dziwacznym neologizmem - stała się terminem bezproblematycznym, jasnym i dla każdego zrozumiałym. Jeśli
pojęcie to oznacza zablokowanie swobodnego pełnienia ról społecznych czy
prowadzenia samodzielnej egzystencji, to jest pojęciem, którego użycie pozwala
na dość precyzyjne wyróżnienie pewnej kategorii osób i odróżnienie ich od
"pełnosprawnej“ reszty.
A jednak bezproblematyczność pojęcia stosowanego bezrefleksyjnie, w pośpiechu codziennego życia, znika, gdy
mu się bliżej przyjrzymy. Okazuje się wtedy, że w rozumieniu pojęcia
"niepełnosprawność“ istnieje pewne zasadnicze pęknięcie, pewna rysa
sprawiająca, że jest ono "skazane na wieloznaczność“. Otóż okazuje się, że
tą samą nazwą określane bywają osoby, które różnią się od siebie pod wieloma
względami, a nawet mogą w ogóle nie mieć żadnych wspólnych cech.
Niepełnosprawnym może być więc ktoś zupełnie niezdolny
do samodzielnego funkcjonowania, jak i ktoś, kto na przykład musi nosić but
ortopedyczny. Dla społecznego funkcjonowania danej osoby nie jest bez znaczenia
to, czy brakuje jej kończyny, czy rozumu; czy boryka się z barierami
architektonicznymi, czy raczej mentalnymi; czy integracja dotyczy posiadania
przyjaciół, czy ławki we wspólnej klasie. W tym też sensie pojęcie
niepełnosprawność więcej zaciemnia niż rozjaśnia. Używanie tego terminu
świadczy o tym, że na niepełnosprawność patrzymy z punktu widzenia osób
"pełnosprawnych“, że w gruncie rzeczy istotne są dla nas nie tyle cechy
osób niepełnosprawnych, ile wielkość dystansu oddzielającego ich od zwykłego
świata przeciętnych ludzi.
Warto uświadomić sobie, że pojęcie niepełnosprawność jest pojęciem dosyć
młodym. W Ustawie o pomocy społecznej z 1990 roku niepełnosprawność oznacza
"stan fizyczny, psychiczny lub umysłowy powodujący trwałe lub okresowe
utrudnienie, ograniczenie bądź uniemożliwienie samodzielnej egzystencji“[2]. A
więc za pomocą jednego terminu określa się osoby, które dawniej należały do
zupełnie różnych kategorii. Kaleka, inwalida - to dawniejsze określenia
współczesnych "niepełnosprawnych fizycznie“; debil, niedorozwinięty,
wariat - to dawniejsze nazewnictwo współczenych
"niepełnosprawnych intelektualnie“. Ponadto określenie
"niepełnosprawność intelektualna“ zawiera w sobie dawniej odróżnialne
kategorie choroby psychicznej i upośledzenia umysłowego. Wprowadzenie do obiegu
pojęcia niepełnosprawności sprawiło, że nastąpiło przesunięcie akcentów w
społecznym definiowaniu wyżej wymienionych kategorii osób. Nie chodzi przecież
o to, że współcześnie nie potrafimy odróżnić chorych psychicznie od
upośledzonych umysłowo; osób z wrodzonymi wadami od takich, które doznały urazu
na skutek wypadku; ludzi poruszających się niezbyt zgrabnie od takich, którzy w
ogóle nie mogą samodzielnie wykonywać żadnych funkcji życiowych. Potrafimy
odróżniać od siebie takie osoby jeszcze precyzyjniej niż dawniej, gdyż jesteśmy
wyposażeni w coraz lepszą wiedzę medyczną i dysponujemy coraz doskonalszą
aparaturą diagnostyczną. Problem jednak w tym, że w wielu sytuacjach naszego
życia różnicowanie takie nie jest potrzebne, a nawet, że istnieje coraz więcej
takich sytuacji, w których różnicowaniem takim po prostu nie jesteśmy
zainteresowani.
Skoro więc w potocznym języku, jakiego używamy na co
dzień, niepełnosprawność jest pojęciem doskonale zrozumiałym, świadczy to o
tym, że "problemy osób niepełnosprawnych“ nie są w gruncie rzeczy naszymi
problemami; że istnienie społecznego dystansu jest wystarczającym powodem do
tego, by pewne grupy osób, mimo że są one zupełnie niejednorodne, upodobnić do
siebie i określić wspólną nazwą. Zwraca przy tym uwagę szczególna
"medykalizacja“ niepełnosprawności. Mam
tu przede wszystkim na myśli fakt, że zaliczanie danej osoby do kategorii
niepełnosprawnych następuje głównie na podstawie niespełniania
wymogów "bycia osobą zdrową“. Coś w organizmie szwankuje - coś, co
powoduje odstępstwa od normalnego, pełnego, niczym nie
zakłóconego funkcjonowania społecznego. Znamienne jest, że
niepełnosprawni wymagają rehabilitacji - poddawania się procesom, które
przywrócić im mają utraconą sprawność, upodobnić do osób sprawniejszych niż one
same. Poddawanie się rehabilitacji dotyczy także osób, o których wiadomo, że
sprawniejsze już nigdy nie będą. To samo słowo oznacza ćwiczenia, dzięki którym
można będzie prowadzić aktywne życie mimo utraty kończyny, jak i uczestnictwo w
warsztatach terapii zajęciowej dla osób głęboko upośledzonych. Obligatoryjność rehabilitacji - jeśli do niepełnosprawności
podchodzimy w sposób odpowiedzialny - świadczy o tym, że z niepełnosprawnością
koniecznie "coś“ trzeba robić, nie można jej pozostawić samej sobie, a
stąd już tylko krok do stwierdzenia, że niepełnosprawność jest czymś
niepożądanym, gorszym i godnym pożałowania.
Człowiek po wypadku, siedzący na wózku - ten obraz, jak mi się wydaje,
najczęściej kojarzony jest z pojęciem niepełnosprawności. Nikt nie wątpi, że
aktywna rehabilitacja jest najlepszą rzeczą, którą taka osoba może robić, a
stopniowe przywracanie jej do coraz większej sprawności jest postawionym przed
nią wyzwaniem. Niepostrzeżenie jednak, właśnie między innymi za sprawą
upowszechniania się słowa niepełnosprawność, ten sam schemat myślenia stosujemy
do osób upośledzonych umysłowo i chorych psychicznie. Często spotkać można
określenie "chory z zespołem Downa“. Choroba
polega tutaj na niespełnianiu medycznych kryteriów
bycia przeciętną osobą (na przykład nie mieszczenie się wzrostu czy ciężaru
ciała w siatce centylowej). Rehabilitacja takiej
osoby to nieustannie podejmowane nieudane próby skłaniania jej do postępowania
charakterystycznego dla osób mniej upośledzonych umysłowo niż ona.
Nie tylko upośledzenie umysłowe kojarzone jest ze stanem chorobowym. Kategoria
choroby umysłowej w pojęciowości Zachodniego kręgu
cywilizacyjnego pojawiła się stosunkowo niedawno, bo dopiero w XIX wieku. O
procesie, który do tego doprowadził następująco pisze Michael
Foucault: chory umysłowo to ktoś
"kto zyskuje teraz, w związku z wymogami społeczeństwa
kapitalistycznego, status chorego, czyli jednostki, którą należy wyleczyć,
ażeby przywrócić ją obiegowi zwykłej pracy, pracy normalnej, tzn. obowiązkowej.
Ta szczególna modulacja kapitalistycznego wykluczenia pozwoliła zrodzić się na
Zachodzie wyjątkowemu rysowi umysłowo chorego, a więc szaleńca, który nie jest
szaleńcem, ponieważ dotknięty jest chorobą. Jest to ten sam system, który
pozwolił narodzić się, jednocześnie lub raczej poprzez zetknięcie się z
umysłowo chorym, osobie, która nigdy dotąd nie istniała, psychiatrze“[3]. Foucault zwraca tutaj uwagę na medykalizację zjawiska szaleństwa, traktowanego
przez całe stulecia w kategoriach obyczajowych, moralnych, prawnych, ale nigdy
medycznych. "Istnieli oczywiście lekarze, interesujący się pewnymi
zjawiskami pokrewnymi szaleństwu, zaburzeniami mowy, nieprawidłowościami
zachowania, nigdy jednak nikomu nie przyszło na myśl, że szaleństwo mogłoby być
chorobą wystarczająco odrębną, by zasługiwać na wyjątkowe traktowanie, a w
rezultacie na to, aby sięgnął po nie specjalista, taki jak psychiatra“[4].
Powstała w XIX wieku hospitalizacja psychiatryczna stanowiła pierwsze kroki na
drodze, która póżniej, już w XX stuleciu,
doprowadziła do narodzin chorych umysłowo, którzy - parafrazując Foucault'a - nie są chorzy, ponieważ są niepełnosprawni
intelektualnie. Wydaje mi się, że pojęcie niepełnosprawności, w zamierzeniach
bardziej neutralne aksjologicznie i mniej piętnujące niż pojęcia wcześniej
stosowane - w istocie rzeczy bardziej jednoznacznie, rygorystycznie i wręcz
mechanicznie kataloguje ludzi według pozytywistycznych kryteriów empirycznej
medycyny.
Pełniej uświadomić sobie możemy przemożność
kryteriów medycznych przy określaniu niepełnosprawności, gdy zobaczymy jak
różnorodne kryteria stosowane były wówczas, gdy opisywano społeczne otoczenie
nieistniejącego już dziś szaleńca. Otóż, jak pisze Foucault,
w XVIII wieku "zakłada się (i to w całej Europie) wielkie domy
odosobnienia, które nie są przeznaczone po prostu dla szaleńców, lecz dla
całego spektrum najróżniejszych - przynajmniej według naszych kategorii -
indywiduów: zamyka się w nich biednych inwalidów, starców pogrążonych w nędzy,
żebraków, zatwardziałych nierobów, chorych wenerycznie, wszelkiego rodzaju
libertynów, ludzi, którym rodzina lub władze chcą zaoszczędzić publicznej kary,
rozrzutnych ojców rodzin, zdegenerowanych duchownych: jedym
słowem, wszystkich, którzy w stosunku do porządku rozumu, moralności i
społeczeństwa dają dowody "rozregulowania“[5]. Według naszych kategorii -
pisze Foucault - zamykane w odosobnieniu osoby są
niezwykle zróżnicowane, a ich status niejednorodny. Jednak według standardów
ówczesnego myślenia jest coś, co te osoby łączy, co powoduje, że los, na który
wspólnie zostały skazane, wydaje się słuszny i sprawiedliwy. Tym czymś jest
próżniactwo. "Tym, co łączy wszystkich mieszkańców domów odosobnienia, jest
niezdolność do uczestniczenia w produkcji, obiegu lub gromadzeniu bogactw
(niezależnie od tego, czy do takiej niezdolności dochodzi przez przypadek czy z
ich własnej winy)“[6]. Zdaniem Foucault'a właśnie wtedy, w XVIII stuleciu, po raz pierwszy
zastosowana została miara, jaką mierzyć można człowieczeństwo - jest nią
przydatność. W XVIII wieku przydatność człowieka oznaczała przede wszystkim
możliwość udziału w rodzącym się kapitalistycznym systemie gospodarki, miała więc głównie wymiar ekonomiczny. W wieku XXI, kiedy to
ram społecznego funkcjonowania ludzi nie wyznacza już produkcja, lecz
konsumpcja, o przydatności człowieka coraz wyraźniej świadczą możliwości
konsumowania przez niego wszystkiego, co oferują mu społeczeństwo i kultura.
Pierwsze francuskie wydanie omawianego tutaj tekstu Foucault'a
ukazało się w roku 1954, a więc przed okresem oszałamiającej kariery pojęcia
niepełnosprawności. Wydaje mi się, że analizy Foucault'a
ukazujące rozpad szaleństwa i przedzierzgnięcie się go w chorobę umysłową, zatrzymują
się jakby w pół drogi. Choroba umysłowa jest bowiem
pojęciem zbyt wąskim, obejmującym sobą tylko nieliczną grupę byłych szaleńców -
tych, których szaleństwo może być zredefiniowane w medycznych kategoriach
obłędu. Mniej więcej dwie dekady po ukazaniu się analizowanego tekstu, w latach
siedemdziesiątych XX wieku, powołana do życia niepełnosprawność wydaje się
pojęciem doskonale wypełniającym puste miejsce po szaleństwie, które już zeszło
ze sceny. Pozornie neutralna aksjologicznie "niepełno“sprawność
akcentuje braki w sprawnym korzystaniu z życia, w przydatności człowieka
ujmowanej jako obligatoryjne wykorzystywanie potencjalnych możliwości
konsumpcyjnych. Medykalizacja niepełnosprawności
wydaje się w tym kontekście całkiem zrozumiała. Medykalizacja
choroby umysłowej, którą zauważa Foucault, może więc być traktowana nie jako ostateczny rezultat
"śmierci szaleństwa“, lecz jako zapowiedź upowszechniania się
pozaekonomicznych (a także pozaspołecznych)
wskaźników przydatności człowieka, rozumianych jako jego podmiotowa zdolność do
bycia autonomiczną jednostką zdolną twórczo konsumować. Testy medyczne (i
analogicznie skonstruowane testy psychologiczne) stosujące się do jednostki
jako do indywiduum, pozwalają na antycypację jej podmiotowego uwikłania w świat
dóbr materialnych, kulturowych i duchowych. W miarę upowszechniania się pojęcia
niepełnosprawności tracą na znaczeniu dawne koligacje, a w zamian pojawiają się
nowe. Szaleniec był spokrewniony z ludźmi o wątpliwym statusie moralnym.
Niepełnosprawny spokrewniony jest z ludźmi o wątpliwym statusie zdrowotnym. A
nawet więcej, w ostatnich latach cukrzycy, astmatycy, chorzy na serce czy po
udarze mózgu są już nie tylko krewnymi niepełnosprawnych; zaczynają stanowić
nowe kategorie niepełnosprawnych. Komisja lekarska wydająca (lub nie)
orzeczenie o niepełnosprawności jest instancją decydującą pośrednio o warunkach
i możliwościach podmiotowego rozwoju. Niepełnosprawnym jest
więc ten, kto otrzymał takie rzeczenie.
Ukazywanie podobieństwa między szaleństwem a niepełnosprawnością może na
pierwszy rzut oka wydawać się nieuprawnione. Co więcej, racjonalnemu umysłowi
szkolonemu na pozytywistycznym empiryzmie, porównanie takie może się wydawać
uwłaczające dla niepełnosprawnych. Istnienie tego
podobieństwa, jak sądzę, daje się jednak uzasadnić, pod warunkiem, że pominiemy
cechy szaleńców i niepełnosprawnych, a skupimy się na funkcjach pełnionych
przez nich w społeczeństwie. Jeden i drugi podlegają systemom wykluczeń, w efekcie których znajdują się na marginesie społeczeństwa;
jeden i drugi stanowią dla społeczeństwa memento: "nie jesteśmy nimi, a
więc jesteśmy normalni“; obaj nie mogą zostać pozostawieni samym sobie,
wymagają społecznej troski i opieki; obaj muszą być poddawani procesom
korekcyjnym (leczeniu, psychoterapii, reedukacji, rehabilitacji); obaj wreszcie
podlegają ścisłej kontroli społecznej - społeczeństwo wie lepiej od nich co oni
mogą, co lubią, czy mają potrzeby seksualne itp. Najważniejszą różnicą między
szaleńcem a niepełnosprawnym jest to, że szaleniec może być zboczeńcem, ale
może też być błaznem; może przerażać, ale może i śmieszyć; można się go
brzydzić, ale można też go podziwiać; może
symbolizować ponury obłęd, ale także opętańczą radość. Niepełnosprawny
natomiast to ponury, przygnębiający, wybrakowany i przez to "niepełnoszczęśliwy“ "pełnosprawnopodobny“
człowiek.
"Osoby określane jako opóźnione, o nietypowym, odmiennym rozwoju,
poszkodowane na skutek działania niekorzystnych czynników biopsychicznych i
społeczno-kulturowych cechują się względnie trwałymi zaburzeniami i
ograniczeniami możliwości rozwoju i uczenia się“[7] - pisze Władysław Dykcik we wstępie do książki pod swoją redakcją. Komentarz
do tej wypowiedzi pozwala na uświadomienie sobie kilku ważnych spraw. Zwraca
uwagę fakt, że w tytule książki mówi się o osobach niepełnosprawnych, podczas
gdy treść książki dotyczy osób upośledzonych umysłowo. Z jednej strony jest to
mylące, bowiem nie wszyscy niepełnosprawni są w książce reprezentowani. Jednak
z drugiej strony może to świadczyć o przesunięciu akcentów - upośledzeni
umysłowo stanowią prototyp niepełnosprawnych, są "bardziej“ (a może
"lepiej“?) niepełnosprawni niż kaleka na wózku;
ograniczenia ich rozwoju - a więc konstytutywna cecha wszelkiej
niepełnosprawności - są w ich wypadku najbardziej przemożne. W przywołanym
cytacie pojawiają się zwroty takie jak: osoby poszkodowane, niekorzystne
czynniki, zaburzenia i ograniczenia możliwości rozwoju. Bez żadnych wątpliwości
osoby upośledzone umysłowo zostały uznane za niepełnosprawne, a więc specyfice
ich umysłowości zostały przypisane degradujące określenia poddające w
wątpliwość pełnię ich sprawności, a więc i autonomicznego człowieczeństwa.
Oczywiście, założenia takie nie stanowią świadomie przyjmowanych deklaracji
autora. Przeciwnie, są one jakby niezamierzonym, nie w pełni uświadamianym
efektem medykalizacji niepełnosprawności. Jawne
deklaracje stanowią natomiast patetyczną retorykę oświeconego rozumu nie zdającego sobie sprawy z mechanicystycznych
kategorii rzutowanych na ludzką egzystencję: "Zagadnienie godności
człowieka, każdego człowieka, wynika przede wszystkim z centralnego miejsca,
jakie zajmuje on w hierarchicznym układzie wartości współczesnego
społeczeństwa, a równocześnie z niestałości jego pozycji, która zależy od niego
samego, jego postawy, autokreatywności oraz
społecznych warunków i możliwości korzystania ze swej wolności. [...] Humanizm
przestaje już być tylko piękną ideą czy ideologią, a staje się solidarny z
głosem ludzi prostych, biednych, chorych, słabych i naznaczonych negatywnie
przez los“[8]. Nie jest jasne w jakim sensie godność
człowieka zależy od niestałości jego pozycji, sądzę jednak, że chodzi tu o
specyficznie rozumianą "operacjonalizację“
godności, o pokazanie krok po kroku co należy robić z niektórymi ludźmi niezbyt
autokreatywnymi, aby zechcieli zająć należne im
miejsce w hierarchicznym układzie wartości współczesnego społeczeństwa. Osoby
niezdolne do korzystania ze swej wolności są niestety też ludźmi, a my, osoby
przesiąknięte ideą czy ideologią humanizmu musimy się za nie troszczyć o ich
człowieczeństwo.
Poglądy powyżej przytoczone stanowią przykład specyficznej poetyki, w jakiej o
niepełnosprawnych wypowiadają się przedstawiciele oligofrenopedagogiki,
specjaliści w dziedzinie pedagogiki specjalnej oraz humanistycznie zorientowani
psychologowie kliniczni. Nie zamierzam wchodzić w tego typu dyskurs. Chciałabym
jedynie zasygnalizować, że to właśnie za sprawą zmonopolizowania dyskursu o
niepełnosprawnych przez przedstawicieli tych dyscyplin naukowych, pojęcie
niepełnosprawności rozciągnięte jest między dwoma polami semantycznymi: Z
jednej strony są to biedni, chorzy, nieszczęśliwi, wybrakowani ludzie. Z
drugiej strony o ich nie do pozazdroszczenia losie można mówić albo z
beznamiętną fachowością, albo z górnolotnym patosem odzwierciedlającym
bezinteresowną troskę, radość bycia razem i inne równie szlachetne
ustosunkowania. Opinia publiczna, mając do wyboru ponuractwo albo fanfaronadę,
nie wydaje się więc szczególnie zainteresowana
problematyką osób niepełnosprawnych.
1. Jurgen Thorwald,
Stulecie chirurgów, Wydawnictwo Literackie, Kraków 1989, s. 16.
2. Ustawa o pomocy społecznej z 29. 11. 1990 r.,
tekst jednolity (Dz. U. 1998 r., nr.
64, poz. 414).
3. Michael Foucault,
Szaleństwo i społeczeństwo, w: Tegoż, Filozofia, historia, polityka. Wybór
pism, PWN Warszawa - Wrocław 200, s. 98.
4. Ibidem.
5. Michel Foucault,
Choroba umysłowa a psychologia, Wydawnictwo KR, Warszawa 2000, s. 104.
6. Ibidem, s. 105.
7. Władysław Dykcik, Wstęp w: Władysław Dykcik (red.), Społeczeństwo wobec autonomii osób
niepełnosprawnych (Od diagnoz do prognoz i do działań), Wydział Studiów
Edukacyjnych Uniwersytetu im. Adama Mickiewicza w Poznaniu, Poznań 1996, s. 7.
8. Ibidem.