Ludzie o Wielkim Sercu:

Wywiady Anna Dymna, Nie grozi mi aureola


 
Znalazła wspólny język z niepełnosprawnymi i chorymi, bo sama w życiu wiele przeszła. Ma odwagę pytać o sens życia osoby nieuleczalnie chorej i nieszczęściu patrzeć w oczy.

W swoim programie SPOTKAJMY SIĘ rozmawia z przykutymi do wózków o lataniu, z niewidomymi o kolorach, z oszpeconymi o miłości.

 
Anna Dymna
"Jestem tylko człowiekiem, nie chcę udawać."
fot. M. Mizerski
Boże, żebyś ty tylko nie zwariowała? - martwi się o nią Nina Terentiew. Szefowa telewizyjnej Dwójki i twórcy programu SPOTKAJMY SIĘ z duszą na ramieniu powierzyli rozmowy z chorymi i niepełnosprawnymi Annie Dymnej. Wszyscy wiedzą, że aktorka, postrzegana jako gejzer dobroci i łagodności, sama wiele w życiu przeszła i przecierpiała. Śmierć pierwszego męża, smak bezdomności po pożarze mieszkania, wypadek, po którym mogła się nie podnieść. Nikt nie może mieć pewności, że takie doświadczenia uodporniają. Sama Ania, jak mówią o niej podopieczni i przyjaciele, nie boi się zmierzyć z cudzą ułomnością, choć przyznaje, że każde takie spotkanie odchorowuje. Ale zaraz potem czuje się silniejsza. Bo, jak mówi stare irlandzkie przysłowie: najlepszym schronieniem dla człowieka jest drugi człowiek.

GALA: Jak pani żyje, obcując stale z takim ogromem nieszczęść?

ANNA DYMNA: Program SPOTKAJMY SIĘ odmienił moje życie, bo tego się nie da robić bez emocji. Trzeba sercem. Na kilka dni mnie to kompletnie wyczerpuje, ale na dłużej - daje siłę i motywację, żeby robić jeszcze więcej. Dlatego założyłam fundację Mimo wszystko. Na początku dedykuję ją upośledzonym umysłowo, bo oni nie potrafią się nawet o cokolwiek upomnieć. A też i dlatego że od nich się zaczął mój związek z niepełnosprawnymi. Są to najcudowniejsze istoty na świecie: życzliwe, spontaniczne, niezakłamane. Oni są czyści w odruchach. Zredukowani umysłowo nie potrafią kombinować. W przeciwieństwie do nas, zdrowych.

GALA: Dlaczego na świecie jest cierpienie?

A.D.: Długo się nad tym zastanawiałam, zwłaszcza gdy umierała moja mama. To był najlepszy człowiek, jakiego znałam, i kiedy się tak okropnie męczyła nękana chorobą, nie mogłam pojąć: dlaczego ona?! Wydawało mi się to niedorzeczne. - Podobnie jak to, że rodzą się dzieci niczemu niewinne, a upośledzone. Teraz wiem, że pytanie "dlaczego?" nie ma sensu. Bo na świecie nic nie jest bez sensu.
 
GALA: Mówi pani: teraz wiem. To jest wiedza zaczerpnięta od chorych? Czy oni mogą przyjmować cierpienie z filozoficznym spokojem?

A.D.: Oni muszą się zastanawiać nad sensem życia głębiej niż my. W związku z tym ja się od nich dowiaduję takich rzeczy, jakich nigdy nie słyszałam od największych myślicieli czy głęboko wrażliwych twórców. Kobieta, która jest 30 lat przykuta do wózka, mówi, że ona się czuje wybrana, bo musi pełnić jakąś specjalną funkcję, skoro istnieje. I myśli, że żyje po to, żeby inni, którzy ją widzą, mogli uświadamiać sobie, jacy są szczęśliwi.

GALA: Czyli upośledzeni mają względem zdrowych misję uzdrawiającą? Są dla nas jak lustro, żeby nie powiedzieć: krzywe zwierciadło?

A.D.: Chora na schizofrenię mówiła przed kamerą tak piękne rzeczy o zagrożeniach, jakie niesie cywilizacja, o zdrowiu psychicznym, jakich nie opowie żaden zdrowy, który nie wie, na czym polega ta choroba. I okazuje się, że tak jak my jesteśmy potrzebni niepełnosprawnym, tak oni nam. Otwierają niedostępne dla nas rewiry.

GALA: Ale niektórzy niepełnosprawni mają żal do świata.

A.D.: Kiedyś jedna z osób niepełnosprawnych napisała mi, że nie życzy sobie, żebym się rozczulała na ekranie. Bo i tak nie rozumiem. To był jedyny naprawdę okropny list, jaki dostałam. Co ja mogę na to, że pękam? Jestem tylko człowiekiem, nie chcę udawać. Skąd mam być uodporniona, skąd mam to umieć?

GALA: Znane są pani osobiste trudne przeżycia. Czy one ułatwiają kontakt z niepełnosprawnymi?

A.D.: Na pewno tak. Kiedy ja sama miałam traumatyczne przejścia, pomogli mi ludzie. Gdyby nie koledzy z teatru, ja bym w ogóle nie istniała. Mam potrzebę spłacenia długu ludziom, a niepełnosprawnym tym bardziej. Bo jak z kolei byłam ciężko chora i przybita myślami, że mi młodość ucieka, role uciekają, to popatrzyłam w szpitalu na tych naprawdę chorych i okaleczonych. I patrząc na nich, wzięłam się w garść. Wtedy też nauczyłam się z nimi obcować. Ja się nie boję mówienia o kalectwie, ja się go też nie brzydzę. Gdy spotykam człowieka bez rąk, pytam: jak mam się z tobą przywitać? On mówi: normalnie. I wyciąga w moją stronę kikut. A ja nie mam oporu, który każdy ma prawo mieć.
 
GALA: Czy ci ludzie traktują panią jak swoją, bo wyczuwają, że osobiste doświadczenia czynią panią mądrzejszą w ich sprawach?

A.D.: Większość nie wie o moich przejściach. Ale w programie często używam swojego życia. To wiele ułatwia. Kiedy na przykład rozmawiałam o alkoholizmie, powiedziałam rozmówcy, że to kiedyś był też ogromny mój problem, bo mój pierwszy mąż pił. Własne doświadczenia pomagają mi formułować celniejsze pytania.

GALA: I nie boi się pani zadać żadnych pytań?

A.D.: Przy mnie wielu ludzi cierpiało i umierało. To mnie upoważnia do zadawania pytań, bo wiem, że ci moi goście czekają na nie.

GALA: W jednym z programów gościem był mały Piotruś. Miałam wrażenie, że kiedy Piotrusiowi relacjonującemu historię swojej nieuleczalnej choroby płynęły łzy, złapała się pani na tym, że jest jakaś granica pokazywania ludzi cierpiących.

A.D.: Wcale się na tym nie złapałam, bo ja o tym cały czas myślę. I powiem pani tak: ja bardzo uczciwie prowadzę ten program, w nim w ogóle nie chodzi o epatowanie czyimś nieszczęściem. Nie chcemy eksponować tego, co nas dzieli, skoro chodzi o przełamywanie barier między światem zdrowych i chorych. Dlatego moja rola polega na zdobyciu zaufania rozmówców. Przed programem ustalamy, o czym będziemy rozmawiać. Czasem zadam drastyczne pytanie, na które oni nie odpowiadają. Ale brak odpowiedzi jest najlepszą odpowiedzią. I dalej tematu nie drążę. Wolę z gościem usiąść i jak najnormalniej pogadać. O jego pasjach, marzeniach, planach. Nie o chorobie.

GALA: Jaki moment w pani życiu sprawił, że chciała się pani zająć losem niepełnosprawnych?

A.D.: Ksiądz Tadeusz Isakowicz Zaleski, prezes Fundacji im. Brata Alberta z siedzibą w Radwanowicach pod Krakowem, zaprosił mnie do jury konkursu twórczości teatralnej upośledzonych umysłowo. Bardzo bałam się tego zadania, ale wstyd mi było odmówić. Pojechałam. Pierwszy moment był trudny. Oni dosłownie obsiedli mnie, wołali: "Ania, Ania!", zaczęli ściskać, posiniaczyli. W ogóle nie wiedziałam, jak się zachować, ale szybko dostrzegłam czyste dobro i bezbronność tych ludzi. Wyjeżdżałam stamtąd z dziękczynną modlitwą na ustach za to, że mój syn jest zdrowy. Ale coś ciągnęło mnie, żeby tam wrócić. Więc wracałam, pomagałam w organizowaniu warsztatów i przeglądów. Ksiądz, Ormianin z pochodzenia, tak jak moja prababcia, wyczuł mnie i dał mi na zachętę Medal św. Brata Alberta. Mądry ksiądz zobowiązał mnie do działania dalej. Ale to nie jest tylko zobowiązanie, lecz potrzeba. Stąd decyzja o założeniu fundacji. Chciałabym, żeby fundacja Mimo wszystko zaczęła od założenia warsztatów terapeutycznych. Na mocy nowej ustawy część podopiecznych z Domu Opieki straciła prawo do korzystania z tej formy terapii. A ja przecież widzę i wiem, że na takich warsztatach chorzy znajdują sens życia, jakąś formę spełnienia, która pozwala im trwać. I wcale nie muszą, nikomu niepotrzebni, wcześnie umierać.
 
GALA: Pani pyta swoich upośledzonych gości o szczęście, gdzie go szukają, w czym je znajdują. A czy pani jest szczęśliwa?

A.D.: Ja chyba jestem bardzo szczęśliwa, bo chce mi się rano wstawać, bo mam okropnie dużo pracy i to mnie cieszy i mobilizuje. Znam ludzi, którzy mają dwie zdrowe ręce i nogi, są młodzi, a czują się rozchwiani, nieszczęśliwi, mają depresję. Tymczasem spotykam się z chorymi, którzy fantastycznie potrafią cieszyć się życiem. I ja się tego od nich uczę. Jestem spełniona. Nie zmagam się z tym, co jest największą nędzą człowieka, czyli samotnością. Mam swojego mężczyznę, syna, rodzinę, swoje koty, przyjaciół. Ale wszystko może minąć, syn kiedyś całkiem dorośnie i odejdzie z domu, dlatego staram się być potrzebna także innym z całą premedytacją.

GALA: Czy pani przyjaźnie z chorymi nie są trudne dla rodziny?

A.D.: Mąż dużo pracuje przez cały dzień, widujemy się o świcie i dopiero wieczorem. Kiedy po 22 zaczyna dzwonić do mnie telefon, to on się rzeczywiście wścieka. Kontakty z zaprzyjaźnionymi niepełnosprawnymi nie są uciążliwe, bo ja im mówię tak jak wszystkim wprost: - Nie mam teraz czasu. I już. Syn? Nie zanudzam go ani nie zamęczam tymi problemami, nie robię z tej działalności wielkiej sprawy. Znajduję czas na ogród, przetwory, studentów, poezję, kochany Teatr, koncerty jazzowe, listy, kino, głaskanie kotów, normalne wakacje, rozmowy. Ale Michał widzi, co ja robię, i to mu się chyba podoba, raz nawet powiedział, że mnie podziwia. Często się podśmiewa: "O, matka, uważaj, bo skrzydła ci rosną". Ale on wie, jaka ja jestem. Mnie nie grożą skrzydła, nie zaświeci mi aureola. Jestem zwyczajna i to co robię, to też zwyczajna rzecz.

Rozmawiała Anna Bimer

Nr 1 - 2, od 29 grudnia do 12 stycznia 2004"

http://gala.onet.pl/0,1144826,1,wywiady.html
Onet.pl Gala

 


Anna Dymna

Anna Dymna rozpoczyna pracę w fundacji "Mimo wszystko"

Znana krakowska aktorka Anna Dymna poinformowała w piątek dziennikarzy w Krakowie, że rozpoczyna działalność charytatywną w Fundacji "Mimo wszystko", którą sama założyła. Pierwszym zadaniem Fundacji będzie zorganizowanie warsztatów terapii zajęciowej dla 30 niepełnosprawnych osób.

Fundacja istnieje od jesieni. Pomysł jej założenia jest efektem prowadzonego od roku przez Annę Dymną programu telewizyjnego "Spotkajmy się", w którym rozmawia z niepełnosprawnymi. W związku z programem aktorka dostawała mnóstwo listów, zarówno od niepełnosprawnych, jak i od osób deklarujących pomoc.

"Ta fundacja powstała z pewnej potrzeby i przymusu" -powiedziała Anna Dymna. Wyjaśniła, że nie mogła przyjąć oferowanej pomocy finansowej, ponieważ nie miała osobowości prawnej. Dlatego zarejestrowała jednoosobową fundację, którą "firmuje swoją twarzą". Dzięki fundacji ma zamiar "mądrze pomagać" niepełnosprawnym, którzy tej pomocy oczekują i nie są w stanie godnie żyć.

Pierwszym zadaniem fundacji będzie pomoc osobom niepełnosprawnym umysłowo, którzy w myśl nowych uregulowań prawnych tracą prawo do warsztatów terapii zajęciowej. Tymczasem, zdaniem aktorki, "te warsztaty to najpiękniejsza zdobycz naszej demokracji, ponieważ bez nich oni popadają w otępienie i umierają".

"Chcę prowadzić takie warsztaty dla 30 osób. Ich koszt będzie wynosił 700 zł miesięcznie od osoby. Aby zdobyć te pieniądze, będziemy sprzedawać cegiełki po 350 zł, by planować działalność na dłuższy czas" - poinformowała aktorka.

Podkreśliła, że istniejąca od niedawna fundacja spotyka się już z życzliwą pomocą. Otrzymała m.in. od prywatnej firmy lokal do remontu przy ul. Kościuszki w Krakowie i wiele innych pomocnych darów.

Fundacja "Mimo wszystko" zaprezentuje się 21 grudnia w trakcie tegorocznej "Gali Wolontariatu", która po raz pierwszy odbędzie się poza Warszawą - w Teatrze im. Juliusza Słowackiego w Krakowie.

Anna Dymna jest aktorką Narodowego Starego Teatru w Krakowie, profesorem wydziału aktorskiego PWST w Krakowie. Zagrała ponad 100 ról w filmie i telewizji. Od wielu lat działa społecznie, m.in. organizuje Ogólnopolski Festiwal Twórczości Ludzi Niepełnosprawnych Umysłowo "Albertiana", a od roku prowadzi cykliczny program telewizyjny "Spotkajmy się". (PAP), pku
Anna Dymna rozpoczyna pracę w fundacji "Mimo wszystko"- piątek, 12 grudnia 2003, Serwis TVP 3 Kraków